012. tydzień kolorowości piórem naskrobała pani pandora, kiedy znalazła trochę czasu.


naprawdę nie mam pojęcia, co się dzieje. przeraża mnie to, co obraca się w mojej głowie. brawa. naturalnie.

potrzeba mi tylu rzeczy, ale nie jestem pewna, czy rzeczywiście muszę je mieć. wszystko się sobie zaprzecza. tyle pomysłów, tyle wszystkiego. a jednak zamiast coś realizować, cokolwiek, siedzę tutaj, pisząc bezsensowną notatkę, która nijak nie pełni nawet roli nikłej autoterapii. wspaniale, jak lukrowane pączusie.

na na na. ride it. ride it.

przecież nic nie stoi mi na przeszkodzie. wyciągnij tej jebany laptop i zacznij pisać. dokończ wszystkie szkolne projekty. naucz się historii. napisz eseje i wypracowania. pół godziny dziennie samodzielnej nauki języka, którego tak bardzo chcesz się nauczyć. i pisz, zgodnie z planem.
trudno? nie. ale się nie da. wszystko się miesza. nie wiem, za co zabrać się najpierw. nie wiem, może po prostu kurewsko potrzebuję jakiegoś wydarzenia, które byłoby w stanie kopnąć mnie w tyłek tak, że poczułabym motywację do zwleczenia się z fotela. przytłaczający marazm, nicość, która zaczyna mnie dusić, jak tylko wstaję na nogi. dosłownie. zaczynam się ruszać, gdzieś idę, coś jem. zero.

kompletne nic. zaczyna się rozprzestrzeniać coraz bardziej. napady takiej właśnie nicości, nazwanej chwalebnie w ten sposób przez moje przedszkolne ja, towarzyszyły mi odkąd pamiętam. odkąd jestem dzieckiem. nagłe zapadnięcie się. mogłoby się stać na moich oczach wszystko, a nawet bym nie zareagowała. z wiekiem zaczyna się nasilać. na niczym nie mogę skupić uwagi. nie potrafię kategoryzować rzeczy co do stopnia ich ważności. wykańczam się.

nie piję, nie palę, nie ćpam, nie imprezuję, nic się ze mną nie dzieje. mam zajebiste życie. wspaniałe. ale cholerne halucynacje nie dadzą mi spokoju. od jakiegoś czasu mam nieodparte wrażenie, że duch niedawno zmarłego dziadka cały czas za mną łazi. cały czas coś mnie obserwuje. a ja nawet nie wierzę w duchy - a przynajmniej w ich definicyjną egzystencję.
coś naprawdę zaczyna się ze mną dziać. doprowadza mnie to do szału.

oy.

teoretycznie mam pewne pragnienia. chciałabym je zrealizować całym swoim istnieniem. ale to nie takie proste. nic nie jest takie proste. nie tutaj. nie w tym stanie. nie w tym miejscu. nie znoszę tego kraju. zamyka się na mnie. próbuję się z niego wykopać. nic.

co z tego, że wiem, jak się zabierać do takich rzeczy, że mogę po prostu ten okres przemarnować kompletnie. rzucić się w naukę. zajebać się natłokiem wszystkiego. przestać nawet zastanawiać się nad wyższymi celami. nad wszystkim. przyjąć to, co dostanę. zawsze mam życie. pod mostem czy w willi za oceanem. problem w tym, że ja potrzebuję tej willi. potrzebuję pieniędzy. potrzebuję spokoju. potrzebuję kreować. muszę tworzyć. coś, nieważne.

sama nie wiem, co plotę. tyle rzeczy ciśnie się do napisania, ale to znów nadchodzi. zaczynam tracić zainteresowanie. nie mam nic lepszego do roboty, a jednak nie chce mi się dłużej niczego tutaj pisać. przecież mogłabym wszystko wylać. teraz, właśnie. może lepiej się poczuć. wątpliwe. ale nie chce mi się. mój mózg zaczyna tracić przyczepność. temat się wyślizguje.

chyba skończę, bo już zaczynam się wiercić. mam potworną ochotę po prostu przestać. nawet, jeśli wiem, że nic więcej poza tym mnie nie czeka.

sinonfvxkl voindf;xg vb; dojfg

tak sobie po prostu skończyć.

ta dam.

triiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii


komentarze? | komentarze [0] | 0








lay & html by pani pandora.




nawigacja




o mnie
dodaj mnie
strona główna

księga

zobacz
zostaw szlaczek

archiwum

2008
marzec (5)
kwiecień (1)
maj (2)

2009
październik (1)

2010
sierpien (2)

2011
styczeń (1)



009. | 010. | 011. | 012.


szablon

picture
credits
html
lay
owner
out!